10.14.2013

Rozdział I

Hey hey. Zaczynam pisać to opowiadanie, które będzie Kellic'em, lecz takim nie typowym trochę :D
Jestem Bunny i miło znów pisać. 
Mam nadzieję, że wam się spodoba. 
_________________________________________________

Spokojna i nudna niedziela zaczynała zmieniać się w koszmar, który sam stworzyłem. Zaczęło się od pomysłu wycieczki za miasto, gdzieś nad morze. Nie lubiłem słońca, lecz zgodziłem się dla mojej małej siostrzyczki, która wręcz skakała z radości na myśl o budowaniu zamków z piasku i chlapanie wodą we mnie. Wygląda cudnie, nieprawdaż? Też tak myślałem, że w końcu może uda mi się nawiązać jakieś dobre stosunki z ojcem i matką, spędzę miło dzień z rodziną...ale jednak nie udało się. Zaczęliśmy kłótnie o moje zachowanie w szkole. Oni mnie nie rozumieli, gorące łzy spływały mi po policzkach, zagryzałem wargę aż do krwi by nie wybuchnąć i powiedzieć im, że są najgorszymi rodzicami, bo nie potrafią nawet rozwiązać problemu swojego piętnastoletniego syna, który ma problemy emocjonalne i po prostu się rani... O to też zrobili aferę w samochodzie.
 - Kellin! Do cholery jasnej co to ma być?! - moja matka, zauważyła blizny gdy poprawiałem rękaw, od razu chwyciła mnie za ramię i podciągnęła materiał, spuściłem głowę, przez co grzywka opadła mi na oczy, które wciąż były mokre po poprzedniej kłótni. Co ja mam jej powiedzieć?
 - Odezwij się jak matka ciebie pyta, smarkaczu! - wrzasnął ojciec, aż podskoczyłem na miejscu. Ściskała mnie coraz mocniej aż blizny znów zaczęły piec.
 - Mój problem! - wycedziłem przez zęby, unosząc głowę i spoglądając na matkę, która patrzyła się na mnie ze strachem i ... troską? Ojciec odwrócił głowę i widziałem w nim złość, rozczarowanie i chęć mordu zapewne mnie. Przez to, że kłóciliśmy się o mnie, ojciec nie uważał na drodze i zjechał na drugi pas, kierował się na wprost ciężarówki tira, moje niebieskie oczy rozszerzyły się w strachu, i jedyne co mi przyszło na myśl to imię mojej siostry, która płakała obok mnie przez kłótnie, odepchnąłem matkę, odpiąłem pas siostrze i szybko chwyciłem Amelię i ochroniłem ją swoim własnym ciałem, a to zaledwie w przeciągu paru sekund gdy auto zderzyło się z tirem, krzyki mojej rodziny rozbijały moje serce na miliony kawałków, bo to wszystko przeze mnie, gdybym przeprosił nie kłócilibyśmy się! Głupi, zidiociały Kellin. Brawo. 
Bolało gdy pojazdy się zderzyły, nie dbałem już o siebie tylko o moją siostrę, która piszczała ze strachu, mi też zdarzyło się krzyknąć z cierpienia. Tir jeszcze przez parę metrów przepchnął nasz samochód gdy w końcu się zatrzymaliśmy. Miałem na tyle sił by wyjść z wraku i zabrać Amelię, która była lekko poobijana. Spojrzałem na przód pojazdu, został całkowicie zmiażdżony, a z moich rodziców została tylko krwawa papka. Upadłem na kolana, Amelia krzyczała, traciłem resztki świadomości, ogarniała mnie ciemność, a w głowie odzywał się głos "to twoja wina!". Upadłem i straciłem przytomność. Moja mała siostrzyczka z rozpaczą klękła nade mną i płakała. Świadkowie tego wypadku szybko zebrali się wokół nas, wezwali pomoc, a ja już na dobre byłem nieprzytomny.

Była już jesień, liście zaczęły opadać z drzew, świat umierał, a ja wraz z nim. Chociaż nie wiem czy można było wyglądać gorzej niż ja teraz. Podkrążone i zaczerwienione oczy od nieustającego płaczu, pozbawione jakichkolwiek pozytywnych emocji, skóra biała jak kartka papieru, coraz to większe i głębsze blizny, brązowe włosy do ramion i grzywka opadająca na oczy. Byłem wrakiem człowieka, ważyłem 40 kilo, a to było już samobójstwo, gdyż miałem metr siedemdziesiąt pięć i nie powinienem tyle ważyć. Po tym wypadku trafiłem z Amelią do domu dziecka w Detroid. Ona przebywała z innymi w jej wieku. Chciałem być z nią lecz nie mogłem. Stwierdzili, że jestem nienormalny i wysłali na oddział psychiatryczny. 
Codziennie siedziałem na łóżku bujając się w przód i w tył, gryząc wargę by czuć ból fizyczny, a nie ten psychiczny, który zabijał mnie coraz bardziej. O tyle dobrze, że odwiedzała mnie siostra, która została adoptowana przez przemiłe małżeństwo, które chciało też zająć się mną, lecz lekarze mówili, że mój stan zdrowia na to nie pozwala. Przy nich na pewno nie wyzdrowieję! Wpychają we mnie jakieś tabletki, cierpię. Traktują mnie jak świra. Jedyne co mogłem tam robić to pisać wiersze i rysować. Przez pobyt w psychiatryku zacząłem palić i pić paręnaście kaw dziennie. Było ze mną na prawdę źle. Czułem wyrzuty sumienia, irytujący głosik w mojej głowie sprawiał, że czułem się jeszcze gorzej niż to było możliwe. Nie radziłem sobie z sobą i nadal tak mam. Pewnego dnia po prostu chciałem to skończyć, połamałem temperówkę i wyciągnąłem z niej ostrze i bez namysłu przeciąłem skórę wzdłuż żył. Poczułem jak cały ból i krew wylewa się ze mnie, a ja w końcu czułem się dobrze.
 - Mamo...Tato... I-idę... do w-was. - wyszeptałem i zamknąłem oczy. Balansowałem pomiędzy światem żywych i martwych. Widziałem światełko w tunelu. Chciałem iść w jego stronę lecz coś mnie zaczęło ciągnąć w przeciwną stronę. Nie! Nie ratujcie mnie!
 - Szybko! Zatamujcie krwawienie! Kellin! Kellin! Wróć do nas...- rozpoznawałem ten głos. Jedyna osoba, która nie traktowała mnie jak świra. Pani Lena, Terapeutka. Rozmawiała ze mną, uczyła grać na gitarze i śpiewać, gdyż mówiła, że mam niesamowity głos. - KELLIN! - od jego rozpaczliwego krzyku zabolało mnie serce, kolejna osoba którą skrzywdziłem.
 Weź się w garść.
Otworzyłem oczy, muszę żyć. Przynajmniej dla mojej siostry. 

Trzy lata później

Znów było lato, słońce grzało niemiłosiernie. Siedziałem w ogrodzie za szpitalem, zakryty kapturem wsłuchujący się w odgłosy natury. Po próbie samobójczej zamknąłem się w sobie, jedynymi osobami, które ze mną rozmawiały były moja siostra i pani Lena. Westchnąłem głośno i odchyliłem głowę do tyłu. Trwałem w takiej pozycji dopóki nie usłyszałem cichego i nieśmiałego, krótkiego zdania, którego nie słyszałem od dawna
 - Hej...Um..Ty jesteś Kellin? - Uniosłem głowę i spojrzałem z zaciekawieniem na dziewczynę, która stała naprzeciwko mnie i nerwowo przygryzała wargę, której widniały kolczyki, skubała nitki wystające z rękawów jej bluzy. Uniosłem brwi. Co taka piękna dziewczyna robi w takim miejscu? Kiwnąłem głową, zarumieniła się, wyciągnęła jedną dłoń w moją stronę. Niepewnie ją uścisnąłem. - Miło cię poznać, jestem Hannah, przebywamy na tym samym oddziale. - oh? niedoszła samobójczyni. Zrobiło mi się sucho w gardle, spuściłem wzrok. Nigdy jej nie widziałem na spotkaniach grupowych. 
 - Kellin, ale to wiesz. Każdy o mnie słyszał. - burknąłem, podciągnąłem kolana do klatki piersiowej i objąłem je ramionami, schowałem twarz pomiędzy nimi. Kto by nie słyszał o chłopaku, który zabił swoją rodzinę (nie dosłownie) i próbował popełnić samobójstwo z tego powodu. Dziewczyna podeszła bliżej mnie, czułem jej ciepło i słyszałem przyśpieszony oddech. Oparła swoje czoło o czubek mojej głowy i delikatnie gładziła po plecach. Przechodziły mnie dreszcze, od tak dawna nie czułem ciepła drugiej osoby. Dokładnie od trzech lat. Możecie się śmiać, ciota Kellin nawet nie potrafi siebie zadowolić. Dobra pomińmy ten fakt.
Uniosłem głowę przez co Hannah musiała się trochę cofnąć, spojrzałem na nią, uśmiechnęła się lekko i cmoknęła w policzek po czym odbiegła. A ja zostałem sam, znów...Myśląc nad tym co właśnie się stało.
___________________________________________________________
Badumtss. Zostawcie jakiś pozytywny koment lub coś :D z góry dzięki! Następny rozdział będzie jak najszybciej uda mi się go napisać.