ojojoj, długo mnie tu nie było.
___________________________________________________________________
Jeszcze przez parę chwil wpatrywałem się w jej plecy do czasu gdy straciłem ją z oczu, spojrzałem na swoje tomsy i uśmiechnąłem się. Od tylu lat szczerze się nie uśmiechałem, dziś dzięki tej dziewczynie znów szczerzyłem się od ucha do ucha. A przecież nie zrobiła nic wielkiego... Zdjąłem kaptur z głowy i wystawiłem twarz na słońce, szczerzyłem się do ciepłych promieni słonecznych. Ale w sumie czemu? Bo ta mała istotka okazała mi trochę czułości, bez powodu. W ogrodzie wszyscy pacjenci chodzili ze swoimi opiekunami, by nic im się nie stało, by nie uciekli. Znów siedziałem po turecku i obserwowałem ludzi, niektórzy krzyczeli do siebie, a inni tylko cicho chodzili po ścieżce i słuchali przyrody jak ja. Ogarnąłem włosy z twarzy, gdyż grzywka zasłaniała mi oczy. Wstałem z ławki, przeciągnąłem się jak kot, przez co mój kręgosłup wygiął się i chrupnął parę razy, cmoknąłem ustami i z uśmiechem ruszyłem by przejść cały ogród dookoła. Trochę narażałem się, chodząc samemu po ogrodzie gdyż pacjenci nie mogli być sami, wyjątkiem był pokój, w którym spali i egzystowali bez żadnego sensu życia. Szybko zakradłem się w głąb lasku, rozglądając się czy nikt mnie nie widział. Z uśmiechem chodziłem między drzewami i wsłuchiwałem się w odgłosy przyrody. Nagle mój uśmiech znikł z mojej twarzy gdy dotarłem do wysokiego muru, oddzielającego szpital od innych ludzi. Mruknąłem niezadowolony, poprawiłem włosy i rozejrzałem się za czym na co mógłbym wejść. Przeszedłem parę metrów i znalazłem przewalony pień opierający się o mur. Podbiegłem radośnie do martwego drzewa, podwinąłem rękawy i zacząłem się wspinać. Ślizgałem się na mokrym pniu lecz udało mi się wejść. Zachwiałem się gdy spojrzałem w dół, a było dość wysoko. Wyciągnąłem ręce w bok by złapać równowagę, spojrzałem przed siebie i mimo woli uśmiechnąłem się. Widzę normalnych ludzi z normalnym życiem nie takim jak moje. Kucnąłem powoli by usiąść na murze, spuściłem nogi i powoli nimi machając wpatrywałem się w ludzi spieszących się na ulicy. Łagodny wiatr sprawiał, że moje przydługie włosy lekko kołysały się w jego rytm, słyszałem śmiechy osób, które cieszyły się własnym, spokojnym życiem. Zamyśliłem się i nie usłyszałem grupki chłopaków, którzy wołali mnie z dołu, jednak gdy poczułem uderzenie kartką papieru zwiniętą w kuleczke.
- Hey! ... - spojrzałem ze skrzywioną miną na tych gości.
- Cześć...- odpowiedziałem, lekko się uśmiechając, czego często nie robiłem.
- Chcesz sie stąd wyrwać? - spytał jeden z nich, wyglądał na Meksykanina, był chyba mojego wzrostu, tak sądziłem gdy stał przy innych z jego grupy, miał dość długie brązowe włosy, snapbacka założonego tak by daszek był z tyłu jego głowy, bordową bluzę, czarną koszulkę i czarne rurki oraz czarne vansy, reszta z nich wyglądała podobnie, zaciekawił mnie fakt, że każdy z nich miał jakiś instrument muzyczny. Lubię muzyków. Może dlatego, że sam kiedyś śpiewałem w szkole na różnych występach, może do tego wrócę? Zamrugałem kilka razy niedowierzając w słowa, które usłyszałem, energicznie kiwnąłem głową na co oni się usmiechnęli szeroko. - To na co czekasz?! Skacz i chodź z nami. - powiedział ten w cholerę przystojny meksykanin z gitarą.
- Dobra...A ktoś mi pomoże ? - uśmiechałem się niewinnie, no cóż jestem Kellin oferma i mogę się połamać spadając z łóżka, a co dopiero z trzy metrowego muru, na moje słowa chłopacy zaśmiali się i wyciągnęli ręce w moim kierunku, wiec po prostu zsunąłem się w dół, poczułem jak kilka par rąk łapie mnie w powietrzu, cóż za wspaniałe uczucie uciekać z nie znajomymi. .. Gdy stanąłem na ziemi obok nich trochę poczułem się nieswojo gdyż każdy był wyższy ode mnie, zarumieniłem się gdy przystojny brunet podszedł do mnie i poklepał lekko po plecach, od jego dotyku przeszły mnie przyjemne dreszcze, co to za dziwne uczucie i jeszcze te motylki w brzuchu.
- Jestem Victor, ale każdy nażywa mnie Vic, to mój brat Mike...- wskazał na chłopaka, który stał obok niego i uśmiechał się szeroko. - Ten oto facet z tunelami to Tony, a obok niego Jamie. - obydwaj pomachali do mnie i równo powiedzieli "siemka". Słuchałem uważnie by zapamiętać imiona moich wybawicieli, ale jakoś później musze tam wrócić tak by nikt się nie zorientował. - A ty? - spytał się Vic.
- Mam na imię Kellin. - uśmiechałem się. Wszyscy zrobili to samo.
- Powiedz mi, bo nigdy wcześniej cie tu nie widziałem, jesteś z wariatkowa? - spytał Tony, a ja skrzywiłem się od jego słów, spuściłem głowę i wpatrywałem się w mrówki, które kręciły się bez celu na chodniku.
- Tsaaa...- odpowiedziałem z niechęcią. To raczej nie jest temat którym powinno się dzielić z innymi na pierwszym spotkaniu...
- Bo nie wyglądasz jak te czubki, czemu tam jesteś? - powiedział z nutką ciekawości w głosie, westchnąłem ciężko, czułem ich wzrok na sobie, normalnie brakowało mi powietrza tak gęsta była atmosfera wokół nas.
- Daj mu spokój, ty byś opowiadał czemu jesteś w takim miejscu? - skarcił go Jamie. - Nie przejmuj się, Kells. Mogę cię tak nazywać? - kiwnąłem głową. - Tony jest strasznie ciekawski, musi wypytać każdego nowego znajomego o życiowe problemy, jakby swoich miał mało... - lekko klepnął kolegę w tył głowy.
- Spoko nic się nie stało, no cóż jestem tam bo miałem dość poważny wypadek w wyniku którego straciłem rodziców...Więcej może powiem kiedy indziej. - puściłem mu oczko. Kiwnęli głowami, Vic położył mi dłoń na ramieniu, cholera, znów mam te motylki w brzuchu, może zjadłem coś niestrawnego...
- Idziesz z nami, mamy próbę w studiu niedaleko stąd, później cie tu odprowadzimy. - powiedział wesoło, nadal tylko nie rozumiałem czemu się mną zainteresowali, ale zgodziłem się. Mam nadzieje, że może dzięki nim uda mi się żyć jak normalny, zdrowy na umyśle człowiek. Wszyscy zaczęli opowiadać mi o tym mieście, podczas drogi do studia, oni są zabawni, pełni życia byli takimi osobami jakim ja chciałbym się stać i może się uda. Maszerowałem między Vic'iem i Mike'em, przyglądając się Tony'emu i Jamiemu jak przy opowiadaniu mi różnych dziwnych historii wykonywali dziwne miny i gesty, w końcu od tak dawna śmiałem się prawie płacząc. Nawet nie zdałem sobie sprawy, że przy nich zapomniałem o całym moim bólu i depresji. Żadne tabletki, ani wizyty u psychologów nie pomogą mi tak jak ta czwórka zupełnie obcych mi chłopaków. Nie bałem sie konsekwencji tego, że uciekłem, dzięki nim jakoś się z tego wykaraskam. A teraz idę znów być żywym.